Z lotu ptaka,po czterdziestu latach

Początek lutego, 2014 Siedzę sobie w łóżku w moim mieszkaniu na 10 piętrze, między 6 a 7 dmą Avenue na Manhattanie w Nowym Jorku, czyli w centrum świata. Przynajmniej jest to dla mnie trafienie w 10tkę na tarczy światowego jazzu. Za oknem zimno -9 C i są przeciągi, i to dlatego powietrze jest tu o wiele lepsze niż w naszej spalinowej Warszawie, choć ruch samochodowy nie ustaje tu nawet na chwilę.

To tu przywędrowaliśmy z Michałem Urbaniakiem moim byłym mężem (On zawsze mówi w wywiadach: przyjechałem, a ja mówię zawsze w wywiadach: przyjechaliśmy!) na lotnisko JFK, 11 go września 1973 go roku. Pół roku temu minęło 40 lat!!! Lepiej brzmi cztery dekady temu. Jakoś tak krócej, szybciej... Siedzę z komputerem na kolanach i próbuję ogarnąć, zapisać na tej stronie jakie obrazy wpychają się na całego do mojej pamięci i właśnie teraz machają do mnie, krzycząc, pamiętasz, pamiętasz? No pewnie, że pamiętam, odpowiadam sobie pod nosem.

Lata temu, wychodząc z mojego budynku i skręcając w prawo, mijałam kilka bram a tuż za nimi duże lustro udające szybę wystawową. Miałam zwyczaj zwalniać kroku, żeby przez chwilę przyglądnąć się sobie. To lustro odpowiadało mi na pytanie, jak wyglądam, jak się czuję i wogóle co mi w duszy gra tego dnia. Na ogół wychodziłam tylko z torebką a wracałam objuczona ciężkimi plastikowymi torbami z zakupami. Lub też wychodziłam w szpilkach (już po rozwodzie z Urbaniakiem, bo będąc z Michałem, goniłam w tenisówkach, bo jak targać instrumenty w szpilkach!) a wracałam z randki, niepewnym krokiem (och te szpilki!!) i na ogół dosyć późno. Gdy było mi ciężko na duszy i grała w niej tylko muzyka rozpaczy, lub żałoby, przechodziłam koło ulicznego lustra wolno, ledwo siebie zauważając a jak już spojrzałam śmielej to widziałam zmęczoną, zgarbioną, w pół złamaną staruszkę. Ale były czasy kiedy śmigałam sprawnie, szybko i nie przeszkadzały mi w tym szybkim kroku, rosnące pod moim sercem, najpierw Kasia potem Mika. Był 1978 rok, pełnia lata. Stałam przed lustrem w jasnej rozkloszowanej sukience, kilka tygodni przed urodzeniem Kasi i przyglądałam się sobie i myślałam: co z tej mojej Kasi wyrośnie (już wiedziałam, że to będzie dziewczynka o imieniu Kasia)? Nagle podszedł do mnie nasz doormen Steve i przekazał mi wiadomość. Polak Papieżem! Stałam jak wryta, stałam i stałam....

W kwietniu, czyli za dwa miesiące wracam tu, do Nowego Jorku, bo zostałam poproszona przez tutejszy konsulat, żeby w dniu kanonizacji naszego papieża przeczytać wybrane fragmenty z jego nauk dla wiernych zebranych tego dnia w przepięknej katedrze Świętego Patryka na Manhattanie. Za parę godzin przeglądnę się w moim wystawowym lustrze i stanę koło Uli sprzed przeszło trzech dekad i pomyślę: Jakie to jest fascynujące, że to nie my piszemy scenariusze naszego życia, ale kto tak naprawdę za tym stoi?? Bóg raczy wiedzieć!
Trwa ładowanie komentarzy...