Głos pod włos

Zdjęcie archiwalne Urszula Dudziak
Zdjęcie archiwalne Urszula Dudziak
Nie raz się zastanawiałam co spowodowało, że śpiewam tak a nie inaczej i jak to się stało, że z czteroletniej akordeonistki wyrosła wokalistka śpiewająca po swojemu dla niektórych w dziwaczny, nienaturalny a dla niektórych, niezwykły sposób. Na pytanie dziennikarzy dlaczego tak a nie inaczej odpowiadam: nie mogę zapamiętać tekstów piosenek i dlatego śpiewam bez tekstu, czyli mój garb stał się moim żaglem! Jest coś z tego, ale niezupełnie. Moja córka Kasia niedawno dość trafnie określiła mój styl śpiewania, tak konstatując: Mamuś (tak do mnie mówi od zawsze!) to jest zupełnie nieprawdopodobne, że twój styl śpiewania tak się przyjął a nawet zrobił przez Papayę światową karierę. Sekret tkwi w tym, że ty to robisz na 100%, z takim przekonaniem, że nikt nie odważy się ciebie wyśmiać, czy robić sobie z twojego śpiewania przysłowiowych jaj.

A jak do tego doszło? Opisałam to skrótowo w mojej autobiograficznej książce "Wyśpiewam Wam Wszystko", ale czuję pewien niedosyt i postanowiłam pogdybać i prześledzić moją drogę muzyczną trochę dokładniej. No dobrze. Zacznę od 4 letniej Uli - akordeonistki.

Mogłam pójść tą drogą i wylądować w zespole akordeonistów. W szkole muzycznej uczono mnie klasyki, czyli może mogłabym startować w konkursie Szopenowskim. No, ale do pianina doszedł śpiew, ale jaki? W harcerstwie, czyli w szkole podstawowo-średniej śpiewałam piosenki harcerskie, patriotyczne, czardasze i ludowe. W tym samym czasie zaczęłam śpiewać piosenki popularne z repertuaru Marii Koterbskiej, Sławy Przybylskiej, Hanny Rek czy Ludmiły Jakubczak. Ale mój starszy brat Leszek nasz rodzinny besser-wiser zachęcił mnie do słuchania muzyki zza Oceanu a był to oczywiście jazz i od tego momentu wpadłam jak śliwka w kompot. Po zagnieżdżeniu się w Wwie w latach 60 tych a wychowałam się w Zielonej Górze, zaczęłam stawiać pierwsze jazzowe kroki u boku giganta Krzysztofa Komedy. Wkrótce potem nagrywałam normalne, czasami bardzo fajne piosenki dla Polskiego Radia na Myśliwieckiej. Miałam nawet przebój radiowy pt "Pójdę wszędzie z Tobą", ze słowami Andrzeja Tylczyńskiego, kompozycję ówczesnego bandlidera orkiestry radiowej Edwarda Czernego. Pamiętam ją do dziś mimo, że minęło od tego czasu (niech policzę!!) dokładnie pół wieku czyli 50 lat. Naprawdę??? Nie do wiary!!!

Równocześnie śpiewając piosenki, hotowałam, czyli śpiewałam jazzowe standardy. Najpierw jak już wspomniałam, z Krzysiem Komedą i jego triem, w Piwnicy Pod Hybrydami w Warszawie a potem przez kilka lat z zespołem mojego ówczesnego męża Michała Urbaniaka w Skandynawii. Te cztery lata śpiewania popularnych przebojów przeplatanych jazzowymi standardami były z jednej strony świetną szkołą, a z drugiej dokuczał mi brak tożsamości, oryginalności, własnego stylu, a naśladownictwo czyli podszywanie się pod moje gwiazdy przewodnie jak: Ella Fitzgerald, czy Dinah Washington coraz bardziej dawało mi do zrozumienia, że nigdy nie będę śpiewać tak jak one.

Rok 1967. Uciekam mężowi do Warszawy i przygotowuję się do egzaminów w Wyższej Szkole Języków Obcych. Trwa to kilka miesięcy. Zdaję i rezygnuję bo tęsknię za mężem i muzyką. Wracam do Szwecji. Mija rok i już wtedy wracamy razem i mamy nowy plan. Michał organizuje zespół jazzowy po to żeby stworzyć nową muzykę, którą najpierw podbije Europę a następnie Stany. Jest początek lat 70tych. Mamy zespół w składzie: Czesław Bartkowski na bębnach, Paweł Jarzębski na basie, Adam Makowicz na keybordach (a najchętniej na fortepianie) Ćwiczymy prawie codziennie, a ja? Nieśmiało zaczynam improwizować scatem, czyli śpiewać bez tekstu. Jestem na scenie strachliwa, niepewna i boję się kompromitacji. Z czasem zaczyna się krystalizować świetna muzyka. Udaje nam się wyjechać na grania w europejskich, głównie niemieckich klubach. Michał buszuje po muzycznych sklepach i podłącza do swoich skrzypiec różne elektroniczne przystawki przeznaczone dla elektrycznych gitar. Niektóre brzmią fantastycznie. Podprowadzam Michałowi niektóre, śpiewam przez te elektroniczne cuda i dostaje olśnienia. Tak, to jest to, ja chcę tak brzmieć i to jest moja muzyczna miłość.

Od tego czasu nie tylko Michał, ale i ja buszuję po sklepach muzycznych za granicą i cieszę się jak dziecko jak coś znajdę co mną zakręci. Od tego czasu czuję, że złapałam Pana Boga za nogi i dotychczas trzymam się ich kurczowo. W 1973 wyjeżdżamy z Michałem do Nowego Jorku. Przed nami kilkudziesięcioletnia życiowa przygoda z muzyką. Michał zostaje tam uznany jako współtwórca nowego stylu w muzyce nazywanego Fusion, a moje eksperymenty wokalne z elektroniką zostają zauważone i uznane jako coś czego jeszcze w wokalu nie było. Płyta Newborn Light nagrana w duecie z Adamem Makowiczem dostaje maksimum 5 gwiazdek w prestiżowym amerykańskim piśmie jazzowym Down Beat, jestem uznana za wokalistkę roku w Los Angeles Times itd, itd... Pod koniec lat 90tych nagrywam w Nowym Jorku zupełnie sama płytę solo "Malowany Ptak" dedykowaną Jerzemu Kosińskiemu. Tam na płycie jest mój głos czysty, melancholijny, a za chwilę przetworzony, przeraźliwy i groźny. Jest między innymi moja wersja Bolera Ravela i jest też kojąco-wzruszająca ludowa piosenka Dwa Serduszka. Ta płyta to moje ukochane dziecko i jest to rodzaj terapii po śmierci Jerzego. Jest mi przez to kilka deko lżej.

Potem coraz częstsze przyjazdy z Nowego Jorku do Polski i dziesiątki koncertów z niezapomnianym i świetnym zespołem Walk Away i następny etap do dnia dzisiejszego mój zespół Superband. A mój głos-instrument? Muszę o niego dbać, chociaż nieraz go katowałam śpiewaniem w zadymionych klubach albo forsując go bezlitośnie. Jest dla mnie wyrozumiały, pobłażliwy i wybacza mi wiele i ma do mnie słabość a co najważniejsze jest mi cały czas wierny jak pies. Hau!!!!!!!!
Trwa ładowanie komentarzy...