Drzyj się, Ula drzyj!

W latach 80-tych moja niemiecka menadżerka Gabi Kleinschmidt zorganizowała mi 30 koncertów solo w Niemczech, Austrii, Szwajcarii i Włoszech. Miałam już przygotowany repertuar z moja elektroniką: zestawem kilku przetworników-pudełek z pokrętłami ustawionych na niewielkiej suszarce do naczyń i planowałam ją jeszcze ustawić na desce do prasowania, ale nie mogłam znaleźć wystarczająco stabilnej. Dostałam rozpiskę koncertów oraz wszelkie informacje dotyczące tej długiej, wyczerpującej, ale też, jak się okazało, pełnej niespodzianek trasy. Jedną z nich zaraz zrelacjonuję.

Przyleciałam samolotem do Niemiec, gdzie czekał już na mnie młody przystojny Niemiec Mark, wsiadłam do wygodnego citroena combi i ruszyliśmy w Europę. Jeden z pierwszych koncertów na naszej mapie miał miejsce w niewielkiej niemieckiej miejscowości w południowych Niemczech, bawarskim Memmingen. Na miejscu okazało się, że koncert ma się odbyć w auli miejscowej szkoły, a nie jak stało w naszym grafiku, klubie jazzowym, ponieważ ten został zalany. Jeszcze większe było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że koncert rozpoczyna się o 16-stej, a nie wieczorem. Mark rozpakował więc moje instrumentarium, podłączył wszystko i o 15.30 byliśmy już gotowi. Kilka minut prze koncertem wszystkie miejsca w sali już były zajęte, a punkt o 16-stej na szkolnej scenie pojawił się miejscowy konferansjer, żeby mnie zapowiedzieć.

Na ogół, gdy mnie zapowiadają dostaję brawa na powitanie... Tutaj natomiast po moim krótkim ubarwionym życiorysie i entuzjastycznej na pełnym głosie wypowiedzianej zapowiedzi, nastała grobowa cisza. Na tej ciszy weszłam na scenę i ukłoniłam się publiczności na powitanie. W dalszym ciągu cicho jak makiem zasiał... Spojrzałam na widownię i ujrzałam około 200 patrzących na mnie podejrzliwie osób. Są takie miasteczka w Niemczech, do których obojętnie jaki Artysta przyjeżdża, mieszkańcy przychodzą, jeśli nie z ciekawości to z obywatelskiego obowiązku, a teraz stojąc przed nimi na scenie myślałam, że oni wszyscy są tu przez przypadek.

Wszyscy robili wrażenie, jakby właśnie zeszli z pola albo raczej wyszli z kościoła i zbłądzili właśnie tutaj. Żaden nawet z daleka nie przypominał kogoś kto mógłby uchodzić za mojego fana i fana jakiejkolwiek muzyki w ogóle. Wtedy zrozumiałam, że przekonanie choć części tej gawiedzi do mojego repertuaru będzie dla mnie bardzo trudnym zadaniem. Co więc zrobić? Nagle wpadłam na szaleńczy pomysł. Wzięłam mikrofon do ręki i wrzasnęłam do niego z całych sił, ile powietrza w płucach starczyło, ile wytrzymały moje struny głosowe. Najpierw zaobserwowałam coś w rodzaju szoku, potem nastąpiła kilkusekundowa konsternacja i nagle cała sala wybuchła głośnym śmiechem. Rechot trwał dobre kilka minut i był wyraźnie zaraźliwy oraz przechodził różne fazy. A to trochę hamował z tyłu, a to za chwilę znowu się rozpędzał, a to boki szalały, a pierwszy rząd czekał co będzie dalej... Cały ten cyrk trwał dosyć długo, a ja w tym czasie stałam na scenie i spokojnie czekałam aż sala się wyciszy.

Po tej śmiechowej eksplozji nastąpiło wyraźne zmęczenie i tylko gdzieniegdzie odzywały się jeszcze niepewne chichoty. Wtedy wzięłam głęboki oddech i miło, po niemiecku, jak gdyby nigdy nic, przywitałam publiczność stopniowo rozwijając przed nią tajniki mojego stylu śpiewania i objaśniając jak działa moja elektronika. Widziałam, jak coraz bardziej ludzie wciągali się w mój świat, a gdy zaśpiewałam im Bolero Ravela wtedy już wszystkim pojaśniały im twarze. Na sam koniec nagrałam na mojej elektronice muzyczny podkład i kazałam powtarzać im po mnie wszystkie krótkie melodyjki wymyślone przeze mnie na poczekaniu. Towarzystwo się bardzo rozochociło. Ok! "A teraz" - zapowiedziałam - " wspólnie pozbędziemy się stresów, niewygodnych myśli i oczyścimy pole energetyczne. Jest tylko jeden warunek. Trzeba mnie idealnie naśladować. Róbcie dokładnie to co ja i z takim samym zaangażowaniem, a nie pożałujecie, zapewniam was". Napięłam się z całej mocy i zaryczałam jak lew... Chwila konsternacji i nagle zaryczało jeszcze 200 lwów, niemieckich lwów, a wrzaski było słychać w całym Memmingen. Tego dnia nie chciano mnie puścić ze sceny. Podobno niektórych wyleczyłam z czegoś tam. Zadzwoniono też do mojej menedżerki i opowiedziała mój występ. "Drzyj się, Ula, drzyj" - usłyszałam od niej - "Każdy koncert zaczynaj wrzaskiem". Nie zaczynam, ale prawie zawsze nim kończę. Ostatnio wrzeszczałam kilka dni temu razem z publicznością w "Och Teatrze" na koncercie sylwestrowym. Sądząc po brawach, krzyki były hitem wieczoru.

Zatem Szczęśliwego Nowego Wrzasku.
ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
MuzykaKoncerty
Skomentuj